Zamknięty Temat
Strona 1 z 3 1 2 3 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 10 z 22

Przyjście na świat Remigiuszka :)

  1. #1
    kaz
    Mamuśka

    Przyjście na świat Remigiuszka :)

    Advertisement



    Remula ma już ponad 3 miesiące, więc czas najwyższy spisać z dystansu przeżycia z porodówki
    Zapowiada się długa historia, bo mam zamiar ze szczegółami przypomnieć sobie co czułam w tym cudownym dniu

    Na początku troszkę faktów: TP z karty ciąży, to 25.09 natomiast TP z OM wychodził na 29.09. Jednak właściwie na każdym usg lekarze mówili, że termin to 21.09 i jakoś tak się do niego przywiązałam

    Ciąża zleciała mi raz dwa – jednocześnie pisałam pracę licencjacką i podchodziłam do egzaminów – i bez większych przygód. Niemal żadnych mdłości i innych dolegliwości poza stopniowym zmienianiem się w dużą(choć słabo toczącą się) kulę
    Wiedziałam, że muszę wytrzymać do 14 września, bo wtedy miałam obronę, a potem mogłam już rodzić. Czułam jednak, że do terminu z karty to ja nie dotrzymam – jakoś tak podświadomie, bo nie miałam żadnych objawów.

    Jak to na mecie – wszyscy zaczęli dopytywać się, kiedy urodzę, a ja tymczasem wcale się do tego nie spieszyłam… oczywiście nie mogłam doczekać się Remka, ale jednocześnie ciąża była pięknym stanem i chciałam nacieszyć się tymi ostatnimi dwoma tygodniami do terminu, szczególnie że w końcu sprawy uczelni były zamknięte i mogłam się odprężyć i pograć w simsy
    Często wyłączałam telefon, żeby nie odbierać regularnych telefonów od rodziny z pytaniami „czy to już/jak się czujesz/rodzisz, nie możemy się doczekać?” i skupiłam się na odpoczynku.

    Po kilku dniach luzu poczułam nieodpartą chęć sprzątania – jeszcze silniejszą, niż w poprzednich tygodniach. Porzuciłam moje simsy i wpadłam w szał porządków – każdy kąt wysprzątany, każda szafka przeszukana w poszukiwaniu zbędnych rzeczy do wyrzucenia, wiele rzeczy zmieniło swoje miejsce. Odsapnęłam dopiero, kiedy wszystko wyglądało idealnie i błyszczało.

    Zmolestowałam Małżonka i poszłam spać… ale o 2 w nocy obudził mnie ból. Dziwny, jakiego nigdy wcześniej nie czułam, ale nie był to jakiś wielki ból. I tak całą noc bardzo nieregularnie, czasami przerwy nawet do 40 minut. Gnało mnie do łazienki, na wkładce podbarwiony krwią śluz i galaretka… pomyślałam – ohoho czyżby żegnał się ze mną pan czop? O 6 wyprawiłam męża siłą do pracy, kazałam się wyluzować i być pod telefonem i pognałam na forum dopytywać co myślą dziewczyny, a te już zaczęły zbierać się do kibicowania

    Cały dzień pojawiały się skurcze i ślady na wkładce, przerwy skracały się i wydłużały. Teraz już naprawdę nie mogłam się doczekać spotkania z Remkiem, bo to wszystko zaczęło się wydawać bardziej realne. Poirytowana niewiedzą i coraz bardziej podekscytowana przed 12 zadzwoniłam do mojej ukochanej położnej – p. Grażynki. Skurcze co 8-13 minut, ale czasem i co pół godziny… ból od 1 do 10 oceniałam na 6, ale zupełnie nie wiedziałam jak może wyglądać koniec tej skali…
    Stwierdziła, że będzie spokojniejsza jak sama mnie zbada, więc poprosiła o szybki przyjazd do szpitala. Zadzwoniłam do M., zrobiłam kilka przysiadów – bo oczywiście po telefonie zaraz skurcze zaczęły ustawać - torba w bagażnik i w drogę. W szpitalu od razu na fotel, najpierw p. Grażynka, a potem p. Ordynator zajrzały tu i ówdzie po czym z uśmiechem rzuciły „to co, jutro rodzimy?”… co ja się będę kłóciła? Jasne, że tak Na ktg skurcze rysowały się małe, ale zamieszanie robiła pięknie zgładzająca się szyjka, która również miała jakieś tam małe rozwarcie. Umówiłam się z położną, że jeśli dotrzymam do rana, to mam się na 7.30 stawić w szpitalu – już na szkole rodzenia zapowiedziałam mojej położnej, że bez niej ni huhu nie rodzę, więc postanowiłam do tej 7 za żadne skarby nie urodzić, taka chciałam być twarda
    Dostałam czopki, które zaaplikowałam nie tam gdzie trzeba z tej ekscytacji
    Po 17 skurcze co 8 minut, duży kawał czopa odszedł, a ja grałam w simsy, brałam prysznic(bo ból już nie był taki delikatny) i zaczęłam być głodna M. pognał do kfc po kurczaki, bo tak jakoś naszła nas mega chęć i po inne ich przysmaki. Ledwie skończyliśmy jeść, a skurcze się nasiliły i zaczęły się silne mdłości. Czyżby żarełko było nie świeże? A może to ten sprite?
    A jednak nie… od tej pory zwracałam całą noc, aż do samego porodu, a wszystko dzięki zgładzaniu się szyjki.
    Około 22 byłam już zmęczona, czułam się, jakby ktoś mi na czoło kapał wodą kap, kap, kap… takie tępe uczucie. No, ale trzeba było dać radę, spać nie szło, a już jedna nie przespana nocka za była mną.
    Około 3 w nocy darowałam sobie spanie, skurcze pojawiały się co 3 minuty, a ja na czworaka na podłodze bujałam sobie tyłkiem już nawet chwilami myślałam, żeby jechać do tego szpitala, ale twardo czekałam. Bujałam się, turlałam, chodziłam, stałam pod gorącą wodą, bujałam się i coraz trudniej było znaleźć sobie miejsce. Generalnie najwygodniej klęczało mi się między stołem a kanapą, w wąskiej przestrzeni i tam czekałam rana, a pies i kot co i rusz do mnie przychodziły zastanawiając się o co też może mi chodzić

    Przed 7 zaczęłam mówić M. że jednak nie jest tak różowo i ja już zasadniczo jednak wolę być po porodzie i wcale, a wcale nie mam już sił i jak tu urodzić, skoro ja zmęczona jestem i głodna do tego, bo ciągle wymioty i wymioty… napisałam sms do położnej, i ruszyliśmy, biedny nie wiedział jak mi pomóc.

    Do szpitala dojechaliśmy chwilę przed czasem, po wyjściu z samochodu znów zwracałam i tu zaczęło się najgorsze pół godziny całego rodzenia – obsługa w rejestracji… bardzo-niemiła-pani poinformowała moje małżonka, że „to nie byle przychodnia i żona niech sama podejdzie do okienka”! A ja akurat łapałam oddech na krzesełku… więc mój rudy charakter ze mnie wylazł, podeszłam do niej zła, poinformowałam:
    - Chciałam jedynie być uprzejma i nie zarzygać pani podłogi, ale jak pani woli…
    Spojrzała na mnie zdziwiona i wzięła dowód: - co się dzieje?
    - Rodzę…
    - Jak to?
    - … jestem w 39 tygodniu, coś się ze mnie sączy, odchodzi mi czop… rodzę?
    Zaczęła myśleć, więc mówię, że jestem umówiona z p. Grażynką, szefową położnych…
    No to łaskawie poprosiła jakąś dyżurną lekarz. Prowadząc mnie oczywiście burknęła, że „coś mało panią boli jak na rodzenie!” poinformowałam więc, że nie mam zamiaru krzyczeć tylko po to, żeby mogła uwierzyć. Posadziły mnie na fotel i doszły do wniosku, że to wody odchodzą i że nie mam rozwarcia i co ja tu robię… więc warknęłam już, bo znudziło mi się bycie miłą, że nie wiem i niech mają pretensje do p. Grażynki i p. ordynator, bo one kazały mi wyraźnie się zjawić tu na godzinę 7… spojrzały po sobie i chyba stwierdziły, że może nie będą ryzykować, bo a nóż faktycznie znam szefostwo? Położyły mnie pod ktg, gdzie oczywiście p. doktor zaczęła pytać ile to ja rzekomo czuję skurczy… więc mówię, że już 3… a ona, że nic nie widzi na zapisie. Już miałam poinformować gdzie ja mam jej zapisy, kiedy weszła p. Grażynka – i tu zaczęło się już dobre Mówiła do mnie, Agusiowała mi i zarządziła odpięcie mnie od dziadostwa i przygotowanie do przyjęcia itd. a te natychmiast zrobiły się milutkie, nagle pokazały przebieralnię, zaprowadziły na górę i oddały uprzejmie w ręce mojej położnej, której ćwierkały co i jak ze mną.

    Na oddziale zajęły się mną urocze praktykantki, które były zdaje się mniej więcej w moim wieku i bardzo się wszystkim przejmowały… zadawały stos pytań, wypełniały książeczkę, kartę i inne… podłączyły mnie pod ktg i chciały mierzyć ciśnienie, ale przybiegła p. Grażynka i rozgoniła towarzystwo
    Mój Małżonek w tym czasie czekał na korytarzu i był na bieżąco informowany przez Grażynkę co i jak w centrum wydarzeń. W okolicy godziny 9 po przesłuchaniach, ustaleniu wersji wydarzeń i ktg położna zawołała p. ordynator, a ta stwierdziła, że rozwarcie jeszcze nie takie duże, jak powinno i że wody wcale nie odchodzą, ledwie co się sączą, więc władowała mi palce w niewymowną i tak oto wody zaczęły uciekać znacznie szybciej
    Badanie i masowanie nie bolało – bo coś tam również masowała, skurcze przykrywały wszystkie jej działania.
    Podała ręcznik papierowy i kazała tuptać biegiem na salę porodową, tak więc posłusznie – bo co ja się będę kłóciła - podreptałam. Na korytarzu ciężaróweczki czekały na obchód i po części z zazdrością a po części z przerażeniem zerkały na mnie(wiem co czuły, bo leżałam tam w 20 tygodniu i jak słyszałam wrzaski z porodówki, to sama nie wiedziałam co myśleć), a ja jak gejsza(ręczniki między nogami) drepcząc w stronę sali porodowej posyłałam im uśmiechy żeby nie myślały, że ten poród zawsze taki straszny .

    Tam dostałam kroplówkę z oxy – szalenie wolno kapała, czopek – pośmiałyśmy się z p. Grażynką z mojej pomyłki dzień wcześniej, kiedy zaaplikowałam nie w tę dziurkę i czekałyśmy. Tu już masa przemiłych ludzi pałętała się w tę i we w tę, pani Grażynka zaglądała co i rusz pode mnie zmieniając podkłady. Ledwie zaczęła kapać kroplówka, a skurcze do 100% i bardzo często. Pani Grażynka podeszła do mnie, pogłaskała po głowie i powiedziała:

    - Ale wiesz, że to już maks jak może boleć? Bardziej nie będzie?
    Uśmiechnęłam się więc i zdziwiłam, bo spodziewałam się, że jeszcze ten ból wzrośnie, oceniałam go ostrożnie – na 8/9 i czekałam z lekkim lękiem na 10tkę
    Zajęłam się obserwowaniem parametrów Remuśka i pamiętałam, że nie warto krzyczeć, bo to nie tylko pogarsza akcję, spowalnia wszystko ale i może utrudnić wychodzenie maluchowi – a że dla Remuli wszystko, to siedziałam cicho i słuchałam zaleceń. Pani Grażynka pojawiała się i znikała, jak dobry duszek. Za którymś razem pojawiła się z małą strzykawką:

    - Podam Ci małe co nieco, żebyś milej wspominała chwile na tej sali… ale dzielna jesteś, więc nie dużo, żeby Remek nie urodził się zmulony – rzekła i tak też uczyniła, a po wstrzyknięciu dodała – a teraz między skurczami wyobraź sobie, że cię tu nie ma i śpij. No to przecież nie będę się z p. Grażynką kłóciła, wie kobieta co mówi, idę spać

    I tak oto odpływałam między skurczami, aż nagle, nie wiedzieć kiedy słyszę:

    - Dobra Agula, na boczek i przemy…
    - Jak to?! Już…?
    - A no już…

    A więc znów – kłóciła się nie będę, turlałam się z boku na bok jak kazała p. Grażynka i parłam. Chyba dobrze nam szło, bo chwilę później przeniosłyśmy się na fotel.
    M. cały czas czekał przed drzwiami porodówki. Wstępnie mieliśmy rodzić razem, ale kiedy zobaczyłam jego stres o mnie, to wolałam zostawić go na zewnątrz i zawołać na finałowe parcie. Mimo wszystko sama myśl o tym, że czekał na mnie pod drzwiami był wielkim wsparciem… Pani Grażynka poleciała powiedzieć M. że czas nałożyć fartuch… zaczęłyśmy przeć – jak się prze znacznie mniej boli - po chwili uprzedziła mnie, że musimy nacinać i że zaraz to zrobi… skurcz, nacięcie – nie bolało - i wysłała praktykantkę po Marcina… jeszcze mała pomoc ze strony położnych i nacisk na mój brzuchol i... Mąż wszedł akurat w chwili, w której p. Grażynka podnosiła Remulę...

    W jednej chwili przestałam rozumieć co się dzieje… Zobaczyłam moje dziecko i po prostu poczułam wielką ulgę – był przepiękny! Rozpłakałam się, mały krzyczał, p. Grażynka płakała, a na buzi czułam pocałunki i łzy M. który szeptał, że mi dziękuje i przytulał mnie. Zaraz później mały wylądował na moim brzuchu i zaczęłam delikatnie go głaskać – bałam się zrobić krzywdę tej kruszynce… cały czas darł się wniebogłosy i już pokazywał swój charakterek

    Położna pyta, czy M. chce przeciąć pępowinę, a on zapatrzony w nas mówi, że stanowczo nie

    Parę minut później wygoniono M., żeby poszedł dzwonić do rodziny, która siedziała jak na szpilkach… zostałam z Panią Grażynką, szybciutko urodziłam łożysko, przyszedł jakiś lekarz i stwierdził, że zawsze wołają go na koniec, ale to właśnie lubi najbardziej i siadł między moimi nogami i rzucając „to lubię, zaraz pięknie coś pani wyhaftuję” zabrał się do szycia śmiałam się, że poproszę jeden szew więcej dla męża Właściwie nie bolało, bardziej ciągnęło... zresztą wcale nie myślałam o tym, co on tam wyprawia

    Później już skupiłam się na obserwowaniu mojego synka, który poddawany był wycieraniu i oglądaniu przez praktykantki i moją ukochaną położną. Tak oto 21.09.2012 roku o godzinie 10:35 przyszedł na świat mój Remuś… Dostał 10 punktów, ważył 3600g i mierzył 55cm – moje małe rozkrzyczane szczęście Swoje przybycie dość długo oznajmiał donośnym płaczem, a uspokoił się właściwie dopiero wtedy, kiedy dostał cycka – mój łasuch

    Poród nie był taki straszny, jak go malują, ból do zniesienia, a spokój, opanowanie i cudowna opieka sprawiły, że jest to jedna z najpiękniejszych przygód którą(w tej formie i atmosferze) bardzo chętnie kiedyś powtórzę. I nie skłamię(choć wcześniej wcale nie wierzyłam mówiącym coś takiego kobietom) jeśli powiem, że chwilę po zobaczeniu synka zupełnie zapomniałam o bólu porodowym i skurczach.

    Pierwszy krzyk dziecka i czułość w oczach męża – nieopisanie cudowne, magiczne i wyjątkowe... na chwilę świat przestaje istnieć, a zamyka się w zakochanych spojrzeniach i małym człowieku, który zmienił cały nasz świat



    Ostatnio edytowane przez kaz ; 01-02-2013 o 20:15

  2. #2
    gosia21
    Mamuśka
    No i się poryczalam... Gratulacje kochana jeszcze raz piękny opis och


  3. #3
    susiee
    Mamuśka


  4. #4
    hexe87
    Mamuśka

    Kaziulek pięknie całą akcję ubrałaś w słowa aż chce się czytać i czytać i czytać...

    Cytat kaz : Zobacz post
    , a ja jak gejsza(ręczniki między nogami) drepcząc w stronę sali porodowej posyłałam im uśmiechy żeby nie myślały, że ten poród zawsze taki straszny .
    pękam ze śmiechu
    Cytat kaz : Zobacz post
    W jednej chwili przestałam rozumieć co się dzieje… Zobaczyłam moje dziecko i po prostu poczułam wielką ulgę – był przepiękny! Rozpłakałam się, mały krzyczał, p. Grażynka płakała, a na buzi czułam pocałunki i łzy M. który szeptał, że mi dziękuje i przytulał mnie. Zaraz później mały wylądował na moim brzuchu i zaczęłam delikatnie go głaskać – bałam się zrobić krzywdę tej kruszynce… cały czas darł się wniebogłosy i już pokazywał swój charakterek
    no i tu się popłakałam ze wzruszenia....
    ale przeczytam z przyjemnością jeszcze raz....


  5. #5
    niuska231
    Mamuśka
    piękny opis porodu , poazalas jak mozna przezyc cudne chwile porodu, a dzieki super opiece porod przebiegal w super atmosferze jeszcze raz gratukluje


  6. #6
    @ni@87
    Mamuśka
    Każda z nas chciałaby taki poród i taka położną


  7. #7
    Wredna
    Ciężarówka
    Aguś cudowny opis


  8. #8
    Madziulla
    Mamuśka
    cudny opis pieknie!!!! gratulki tak dojrzałego porodu no i Maluszka


  9. #9
    mulan44
    Mamuśka
    opis cudny
    jednak dobra opieka to podstawa


  10. #10
    sagapo
    Super Moderator
    cudnie opisane
    jeszcze raz gratuluję


Zamknięty Temat
Strona 1 z 3 1 2 3 OstatniOstatni