+ Odpowiedz na ten temat
Strona 3 z 39 PierwszyPierwszy 1 2 3 4 5 6 7 13 ... OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 21 do 30 z 387

Nasze historie walki o dziecko

  1. #21
    sagapo
    Super Moderator
    wzruszyłam się jak to wszystko przeczytałam
    niby jestem na forum i rozmawiam o niepłodności, ale ciągle myślę, że jestem z tym problemem sama, że nikt tak naprawdę nie rozumie co czuję jak @ przychodzi...a tu czytam Wasze historie i zdaje sobie sprawę z tego, ze nie ja jedna mam takie stany, gdzie kobieta czuję się niepełna i gdzie każdy kolejny dzień jest myśleniem, obsesyjnym myśleniem o dziecku...
    ja opiszę te swoje dwa lata walki, jak już trochę ochłonę i będzie chwilka

  2. #22
    indygo.m
    Olimp
    paula710, jeszcze i Ty utulisz swoja kruszynke na pewno!!!!!

    [ Dodano: Czw Maj 22, 2008 17:45 ]
    sagapo, czekamy

    [ Dodano: Czw Maj 22, 2008 17:48 ]
    hope, wierzę że wizyty w Klinice Ci pomogą!

  3. #23
    joannaz
    Mamuśka
    Cytat sagapo :
    ciągle myślę, że jestem z tym problemem sama, że nikt tak naprawdę nie rozumie co czuję jak @ przychodzi...
    nie jestes sama,my mimo ze
    juz mamy bobasy...doskonale Was rozumiemy
    bo....to samo przechodzilysmy!!!!!!!!

    Cytat sagapo :
    gdzie każdy kolejny dzień jest myśleniem, obsesyjnym myśleniem o dziecku...
    musisz przestac :-> ale napewno to wiesz

    Cytat sagapo :
    dwa lata walki, jak już trochę ochłonę i będzie chwilka
    no po 2 latach(nie daj BOG) to napewno ochloniesz i inaczej spojrzysz na problem :->

  4. #24
    sagapo
    Super Moderator
    no to ja-

    slub braliśmy we wrześniu 2005, a starać zaczęliśmy się w maju 2006, bo ja czekałam na umowę, która pozwoliłaby mi spokojnie pójść na macierzyński
    wcześniej nie obserwowałam mojego organizmu, wiedziałam tyle, że @ przychodzi co 30-33 dni
    w pierwszym cyklu byłam przekonana, ze się udało- test zrobiłam tydzień po owulce
    jedna kreska mnie zaskoczyła, ale nie rozczarowała...
    kolejne cykle i powoli przychodziły wątpliwości i rozczarowania...
    rok później całkiem nieoczekiwanie dostałam umowę na czas nieokreślony(poprzedna była na dwa lata i chciałam zdążyć z dzieckiem), więc pomyślałam "super! to teraz będę spokojniesza psychicznie, to napewno się uda..." i znów
    przyszedł czas odwiedzić lekarza- przez koleżankę trafiłam do ginki, która ma napisane specjalista ds. niepłodności
    byłam pełna optymizmu, ginka kazała zbadać hormony, i starać się naturalnie, bo wg niej to blokada psychiczna...no to wyjechaliśmy na urlop, wypoczęliśmy i oczywiście wróciliśmy z I krechą
    hormony wyszły w normie, ale z moim ciałem zaczęły dziać się dziwne rzeczy- przytyłam w krótkim czasie, pojawiło się nadmierne owłosienie w różnych dziwnych miejscach
    poszłam do niej, a ona dała mi Bromergon
    przy okazji zachorowałam na siakąś infekcję i poszłam do mojej lekarki rodzinnej po L4, a ze zna mnie długo, opowiedziałam jej o moim problemie, a ona zapytała czy mąż ma badanka- oczywiście, ze nie miał, bo nikt nie powiedział, że należałoby to zrobić
    zrobiliśmy i poszliśmy z tym do ginki- wyniki były w normie, ale wg p. doktor nie były dobre
    mąż dostał zakaz picia kawy, alkoholu, jedzenia fast foodów, oczywiście cynk i wszelkie antyutleniacze( wit A, E i C)
    mniej więcej w październiku odkryłam pierwsze fora, na których powoli otwierały mi się oczy- nadmierne owłosienie, tycie??? może to pco??? zbadałam raz jeszcze LH i FSH i przy okazji testosteron i okazało się, ze testosteron 110( norma do 80)
    i znów wycieczka do ginki...dostałam Spironol- i to była jedyna kwestia w której pani doktor mi pomogła, bo faktycznie testosteron spadł...
    ale cierpliwość moja skończyła się...
    poszukałam na bocianie i znalazłam lekarzy w Krakowie, którzy zajmują się niepłodnością i tak trafiłam do aktualnego lekarza
    przejrzał wyniki i zapytał czy miałam monit?- oczywiście, ze nie
    na monitoringu okazało się, ze jajo rośnie, ale zbyt małe, by mogło dojśc do zapłodnienia
    i tak właśnie biorę CLO i wezmę Pregnyl na pęknięcie...bardzo bym chciała, zeby w końcu się udało

    teraz to ja staram się pomagać dziewczynom, które zaczynają swoją walkę z niepłodnością i powtarzam, ze najważniejsze to trafić na dobrego lekarza...
    ja niestety straciłam trochę czasu i pieniędzy i tak naprawdę wszystko robiłam na własną rękę, a dzięki Bromkowi mam rozregulowany cykl

    ufff- przepraszam, ze się tak rozpisałam, ale dzięki temu zrzuciłam z siebie to, co przez dwa lata tłamszę w sobie
    nie opisuję tu wszystkich swoich stanów emocjonalnych i wielkiego kryzysu w małżeństwie, bo musiałabym pisać jeszcze ze dwie godziny
    napiszę tylko, ze nikomu nie zyczę zetknięcia się z problemem niepłoności, a wszystkim starającym życzę, aby tuliły swoje maleństwa już niedługo w ramionach

  5. #25
    kurbielka
    Olimp
    no to może ja teraz coś do tego dołożę.

    Zanim doszło do "świadomych" starań, przeszłam małżeństwo, gdzie przez 1,5 roku nie zabezpieczaliśmy się, potem miałam problemy hormonalne i przerost tkanki na szczęście tylko w macicy, łyżeczkowanie (traumatyczne przeżycie którego nie zapomnę do końca moich dni, z bólu język stawał mi sztorcem i cała byłam zdrętwiała) i decyzja o braniu antyków ze względu na wynikłe problemy, potem dziękowałam Panu Bogu za tą decyzję i że nie mam dzieci z moim pierwszym mężem, choć często zastanawiałam się co zrobię jak będę chciała je mieć a okaże się że nie mogę (już wtedy byłam czarownicą tylko jeszcze o tym nie wiedziałam). Potem była decyzja o rozstaniu, rozwód, jeden nieudany związek i wreszcie związek z moim obecnym mężem. Wiedziałam, że z nim chcę mieć dzieci praktycznie od razu, ale najpierw musieliśmy zakończyć nasze wyjazdy, uwić jakieś gniazdko w Polsce i dopiero można było myśleć o potomkach. Odstawiłam tabletki, przez pierwsze kilka miesięcy bezpieczny seks, żeby organizm doszedł do siebie po całych latach brania antyków, potem starania spontaniczne, potem dotarłam na poprzednie forum i zaczęły się starania bardziej świadome. Mierzenie tempki wykazało, że jest ok. Przeszłam trzech konowałów, którzy albo dawali clo i Duphaston bez monitoringu ani jakichkolwiek badań, albo kazali robić badania hormonalne bez podania kontretnego dnia cyklu etc. Douczona przez forum zaczęłam coraz bardziej świadomie obserwować swój organizm, tempka zawsze super, nad śluzem popracowałam biorąc len, testy owu w każdym cyklu wykazywały że owu jest, wszystkie wyniki hormonalne w normie, a efektów brak. Trafiłam do lekarza, którego sama wyszukałam czytając opinie w internecie. Przejrzał wszystko i stwierdził że nic z tego nie wynika jestem zdrowa trzeba badać męża. Mąż ma już córkę, nie pracował nigdy w szkodliwych warunkach raczej niemożliwe żeby nagle był z nim jakiś problem. Monitoring wykazał że owulacja piękna jest, pęcherzyki pękają efektów brak. Skierowanie na histeroskopię. Wszystko w porządku. Skierowanie na HSG, wszystko w porządku. Znowu postanawiam zrobić sobie przerwę od lekarzy, tylko tempka i testy owu. Po kliku miesiącach od HSG idę do gina, na usg widać rozdęty jajowód. Czekamy do @ i patrzymy co się dzieje z tym dalej. Jajowód nadal bez zmian choć nieco mniejszy, najprawdopodobniej jest to wodniak jajowodu. Idę na konsultację do innej ginki. Potwierdza diagnozę, wodniak obydwu jajowodów, jedyna droga do macierzyństwa to bezpłodność i in vitro. Jestem załamana. Jednak wiem, że to jedyna droga i muszę nią pójść. Szybko pozbierałam siebie i męża, poszłam do mojego gina jeszcze raz. Na monitorze wyraźnie widać wodniaki obydwu jajowodów, nie ma żadnej wątpliwości, objawy również na to wskazują. Trzeba wycinać. Umawiamy się na zabieg z moim ginem. W dniu kiedy miałam znać termin zabiegu dowiaduję się, że szef szpitala nie zgodził się na taki zabieg i mój gin nie może mi tego zrobić. Jestem załamana... ile jeszcze kłód padnie pod moje nogi zanim dotrę do celu... walczę... dzwonię do ginki... nic nie może zrobić, stara się mi pomóc, wymyślamy jakieś sposoby przekonania profesora Z... dzwonię do gina... nie ma szans na zmianę decyzji ale może mi pomóc... poleca mi kolegę, który jest świetnym operatorem ale pracuje w Brzegu... jest mi wszystko jedno byleby był godny zaufania i nie zrobił mi krzywdy... tak poznaję Marcina... jadę na wizytę... potwierdza diagnozę... godzinna nasiadówka i obgadywanie wszystkich możliwych rozwiązań i problemów na jakie może napotkać w trakcie laparoskopii... termin mam na 3 października... jadę do Brzegu... okazuje się że jest jakiś nagły przypadek i nie mogę mnie operować... czekam... następnego dnia rano zabieg i mam wycięte oba jajowody... oficjalnie jestem bezpłodna... kolejny krok do sukcesu za mną... wracam do domu dochodzę do siebie... układam plan działania na następnych kilka miesięcy... spłacić kredyt... dojść do siebie... potem wizyta w Invimedzie... na pierwszej wizycie obmyślamy plan działania... czekam na @ robię badania i w 21 dc idę na wizytę... wszytko już wiemy, protokół krótki, wszystko wygląda super, są duże szanse, wpłacamy pieniążki, dostaję reklamówkę leków i czekam spokojnie na moją punktualną @ żeby zacząć stymulację.... biję się z myślami co zrobię jak się nie uda... na każdy następny transfer nie będzie nas długo stać... na kolejną procedurę nie będzie nas stać przynajmniej przez 2 lata, a ja jestem coraz starsza i nie ma czasu na czekanie... mąż zapewnia że bez względu na wszystko kocha mnie i to czy będziemy mieć dziecko czy nie nic nie zmieni, on mnie nigdy nie zostawi... cudowne pocieszenie, ale i tak się martwię... tak bardzo chcę być mamą, tak bardzo chcę pokazywać świat, uczyć się go razem z moim dzieckiem, dzielić z nim radości i smutki, widzieć uśmiech i mówić kocham cię słoneczko moje... zaczynamy stymulację, zastrzyki idą mi jak z płatka, mąż też świetnie sobie radzi i robimy na zmianę, żeby oszczędzać brzuch... kolejne widoki na usg pokazują że ferma rośnie pięknie i ilość też będzie niezła... 1 kwietnia nasza pierwsza rocznica ślubu, a 2 kwietnia punkcja... pobierają 18 komórek z czego 14 jest dojrzałych ... piękny wynik... jeszcze tego samego dnia jesteśmy w ciąży to mój mąż powiedział, że nieważne gdzie, my już jesteśmy w ciąży 4 kwietnia 3 bąbelki były w moim brzuszku... jakie szczęście i obawa... robiłam co mogłam żeby się do nich nie przyzwyczajać... starałam się odpędzać wszystkie myśli co zrobię jak już będę w ciąży... byle tylko się nie nakręcać... byle tylko nie zrobić sobie większej krzywdy niż zrobi sama porażka... ten strach że się nie uda też odpędzałam... robiłam wszystko żeby nie myśleć... nie planować... nie roztrząsać... moje chomiczki były moimi chomiczkami ale nie myślałam o tym co będzie jak się uda i co będzie jak się nie uda... wszystkie moje siły i myśli skupiłam na tym żeby wierzyć że co ma być napewno będzie... 14 kwietnia postanowiłam że już dłużej nie mogę czekać... pobiegłam do laboratorium i zrobiłam sobie betę... to czekanie na wynik było straszne... serce waliło mi młotem jak dzwoniłam żeby dowiedzieć się o wynik... jeszcze nie było... odczekałam kolejną godzinę i znowu zadzwoniłam... musiałam czekać aż dziewczyny wyjdą z biura żeby przy nich nie dzwonić... pani w labo była tak cudowna że gdy zadzwoniłam drugi raz pobiegła sama popędzić koleżanki co z moim wynikiem... i usłyszałam magiczne słowa " 22 proszę pani, gratuluję"... nie wiedziałam co robić, musiałam się opanować bo dziewczyny wróciły do biura... wysłałam smska do AL i zapytałam czy mogę już krzyczeć odpowiedziała "drzeć kochana, drzeć!!!" zadzwoniłam do taty ale był w pracy i nie odbierał... w końcu z domu zadzwoniłam do bratówki... z kimś musiałam porozmawiać bo by mnie rozerwało... 16 kwietnia miałam wizytę u ginki i drugą betę... uśmiech miałam jak przyklejony rogal... następna beta 74 nie ma żadnej wątpliwości JESTEM W CIĄŻY... nie umiem opisać tego szczęścia... teraz mój chomiczek Jędruś ma 2,1 cm... wciąż się o niego boję... ale możecie wierzyć lub nie, od dnia transferu byłam spokojna... nie wiedziałam czy się uda czy nie, ale byłam spokojna i teraz mimo że martwię się żeby był zdrowy i rósł sobie spokojnie to jestem spokojna... ogarnęło mnie spokojne szczęście spełnionej kobiety, która wie że będzie mamą... że jest mamą... przez te wszystkie lata i niepowodzenia nie poddawałam się i wierzyłam, że uda się, nie wiem jak i kiedy ale uda się... wiedziałam że z uporem maniaka będę walczyć i zrobię wszystko żeby tylko osiągnąć cel... mam nadzieję, że mój cel w najbliższe Święta Bożego Narodzenia będzie marudzić o cycucha... to będzie najpiękniejszy prezent jaki kiedykolwiek w życiu dostanę od mojego męża, Pana Boga, mojego losu i naszego życia...

    każdej z nas się uda... nie znamy drogi jaką dane nam będzie iść... nie wiemy gdzie jest jej kres... jaki jest ten kres... każdej z nas się uda... trzeba wierzyć i spokojnie dążyć do celu...

  6. #26
    indygo.m
    Olimp
    sagapo, trafiłaś na gina który dał Ci dobre leki więc na pewno się uda!!!!!

    kurbielka, piekne, szczęśliwe zakończenie

  7. #27
    kasia77
    Znawca Forum
    kurbielka, ehhhh...cudne

  8. #28
    kasiulek33
    Olimp
    kurbielka, tak pieknej opowiesci i szczesliwego zakonczenia to ja w zyciu nie czytalam, jestes cuuuuudowna za to ze tak walczylas o Jedrusia

    [ Dodano: Czw Maj 22, 2008 23:47 ]
    No to teraz troche o nas .
    Z pierwszym dzieckiem zajscie w ciaze bylo proste jak drut , w pierwszym cyklu staranek ciaza . Radosc , zdzwienie , szok i wszystkie mysli swiata ze tak szybko sie udalo. Gdy Mateusz mial 3 lata zaczelismy staranka o drugie dziecko, niestety zaczely sie schody , nie bylo to juz takie proste. Przed staraniami bralam antyki ktore cykl przewrocily mi do gory nogami i raz mialam @ raz nie. Po paru miesiacach cykl wrocil do normy @ byly punktulane ale ciazy dalej brak. Ginka twierdzila ze wszystko jest ok , ze jestem zdrowa tylko poprostu mniej myslec o dziecku a wiecej sie cieszyc zyciem, cia latwo mowic gorzej zrobic .I tak 3 lata sie nie udawalo, az wkoncu i nasze malzenstwo sie rozpadlo, powod byl inny ale to tez sie do tego dolozylo. Pozniej poznalam swojego obecnego polowka , po pol roku podjelismy decyzje ze chcemy byc razem, i chcemy miec dziecko, decyzja zapadla w Boze Narodzenie 2004 wiec staranka zaczelismy od 2005 roku, oczywiscie znowu lecialy miesiace i sie nie udawalo,w grudniu 2005 dostalam duphaston na wyregulowanie cyklu. 14 lutego 2006 mialam sprawe rozwodowa, @ sie spozniala ale myslalam ze to przez ten caly stres .Nawed przez mysl mi nie przeszlo ze to moze byc ciaza .Namowiona przez kolezanke 17 lutego zrobiony test pokazal 2 piekne kreseczki Radosc byla ogromna , ale niestety skonczyla sie 29.08.06 urodzeniem martwego synusia w 34tc Placz, lament , zal dlaczego ja ((( ale przyszedl moment ze powiedzialam sobie dosc , ja chce miec zdrowe i zywe dziecko i bede je miala . Pierwszy cykl po porodzie tragedia, krwotok bez konca, to byl pazdziernik, w listopadzie namowiona przez przyjaciolke pojechalam do polskiego gina, ktory po zbadaniu hormonkow stwierdzil brak owulacji . W grudniu zaczelam pierwszy cykl z clo, nastepny cykl w styczniu , a 11 lutego2007 w dzien nie przyjcia @ zobaczylam 2 kreseczki )))) ale to juz nie byla taka radosc jak z poprzednim testem bo teraz bylo wiecej strachu niz radosci, ale teraz patrze juz na wszystko inaczej bo mam moja ukochana coreczke i dziekuje Bogu ze mi ja dal i nie zabral jak synka

  9. #29
    indygo.m
    Olimp
    kasiulek33, Wasz synek czuwa nad Wami w Niebie i cieszy się na pewno Waszym szczęściem!

  10. #30
    kasiulek33
    Olimp
    indygo.m, tak kochana wiem, i juz mi kilka osob powiedzialo, ze gdyby Pan Bog nie zabral mi synka nie miala bym teraz coreczki , wiec widac tak bylo nam pisane

+ Odpowiedz na ten temat
Strona 3 z 39 PierwszyPierwszy 1 2 3 4 5 6 7 13 ... OstatniOstatni

Tagi dla tego tematu


Fajne strony