Więc tak:
W poniedziałek poszliśmy z mężem na wizyte kontrolną. Podczas badania ginekologicznego okazało się, że mam już szyjke skrocona i rozwarcie na 2 cm, wiec ja cała happy, że już niedlugo się zacznie. Pod badaniu przyszla kolej na usg. Gin mierzyl i oczom nie wierzył. Mąż tez zbladł jak zobaczyl na monitorze lekarza, ze mała wazy ok. 4700-4800. Nie wiedziałam czego się bardziej bojeorodu przez cc czy Sn. Wspólnie jednak podjęliśmy decyzje o cc.
Do szpitala zgłosić się miałam tego samego dnia. Przyjęto mnie na oddział dopiero o 21 bo tyle babek mieli ( chyba trochę prawdy jest w tym ze podczas pełni dzieciaczki chętniej przychodza na swiat). Rozmowa z ginem nie była dla mnie za mila. Nie ominął mnie komentarz dotyczący mojej wagi (jeszcze nie wiedziałam, ze nie raz mi to wypomną).
Następny dzień zaczął się od przygotowania do zabiegu. Kroplówki, cewnik i tp. Nic milego. CC miałam mieć o 9, jednak dziewczyna która miala mieć zabieg po mnie dostała już takich boli, ze musieli ja wcześniej ciąć. Przez ta dodatkowa godzinę stresu i czekania nieruchomo na łóżku dwóch lekarzy w tym anestezjolog poużywali sobie na mnie komentując moja wagę „to ja ważę mniej od pani””Ale się pani spasła. Lubi pani jeść?” Z nerwów nie byłam w stanie na to zareagować.
Potem przyszla kolej i na mnie. I się zaczęło. Podczas wkuwania w kręgosłup lekarz mucial poruszyc jakis nerw bo mi noga uciekla. Lekarz spanikował bo nie wiedział gdzie w którym miejscu jest z igłą. Na szczescie po chwili się zorientował. Jak znieczulenie zaczęło działać byłam już spokojniejsza do momento w ktorympoczulam się jakbym nurkowała. Okazało się ze ciśnienie zaczęło mi mocno spadac. Po podaniu jakiegos tam leku wróciło do normy, ale tylko na chwile, bo po paru minutach znow nurkowałam. Spanikowalam strasznie. Na szczescie wiecej już się to nie powtórzyło. Izka urodziła się o 10:25. Pokazano mi ja dosłownie na sekunde. Nie słyszałam jej płaczu nikt mi nic nie mowil czy wszystko z nia ok. Dopiero na Sali przyszła babka i powiedziała: ma pani corkę, 4160. Wszystko dobrze” i tyle się dowiedziałam. Ize dopiero zobaczyłam jak męża wpuścili na chwile i mu ja przywiezli do pokazania.
Pozniej okazalo się, ze to co nam w SR mowiono to bzdury. Bartek nie miał prawa wejść do mnie na sale.( poza tym jednym razem zaraz po porodzie) Wizyty były możliwe w wyznaczonej sali. Mała przywożono tam do pokazania na prośbę. Bartek nie mogl jej zbytnio dotykac a o wzięciu na rece nie było już mowy.
Ogolnie pozostaly mi same niemile wrazenia z pobytu w tym szpitalu. Najwazniejsze jednak, ze z Iza jest wszystko w porządku.








