Dokładnie w 41 tygodniu 2 dniu ciąży, w piątek, stawiliśmy się na patologii ciąży. USG, KTG, badanie... Określili Amelkę na ok 3000g, na KTG zero skurczy, brak rozwarcia i skrócenia szyjki. Powiedzieli, że jeżeli do poniedziałku nic nie ruszy, to w poniedziałek lub wtorek będzie pierwsza próba porodu przy pomocy oksytocyny...
Przez weekend nic się nie działo. Urywałam się nawet ze szpitala z moim M. lub z mamą na spacery i nic, i nic... Tak bardzo chciałam, żeby sama sobie nasza kruszynka wybrała datę narodzin.
Przyszedł poniedziałek i znowu do badania. Przez 3 dni KTG może pokazało parę skurczy, ale nawet ich nie czułam. Siadam na "krześle" i znów: brak rozwarcia, brak skrócenia szyjki...
"Godzi się Pani na indukcję porodu?"
Jak to dziwnie i obco brzmiało. Bałam się... Nie wiedziałam, co może nas czekać. Łzy same leciały z tej bezradności...
"Tak, zgadzam się."
I różne formalności do podpisywania, co się może stać, a co jeśli gdyby... itd.
Wieczorem założyli mi wenflon, jeszcze w żyłę przy nadgarstku nie chciał wejść. Wszystko na przekór. W końcu w zgięciu łokcia udało się.
W nocy z poniedziałku na wtorek, z tych nerwów, obudziłam się w nocy ok. 2:00 z dziwnymi bólami w podbrzuszu... Zaczęłam spoglądać na zegarek - powtarzały się co 8 min.! Pomyślałam, że może nie będzie tej oksytocyny... Pomagał tylko masaż podbrzusza w uśmierzeniu bólu, który był w sumie bardzo słaby. Później się dowiedziałam, że to potęguje skurcze.
O 6:00 echo brzuszka, pielęgniarka zauważyła, że coś tu chyba się dzieje. Potem podłączyli mi kroplówkę na nawodnienie (sól fizjologiczną). I tak do 7:00 mniej więcej leciała. Miałam się spakować i za chwilkę być gotowa.
"To idziemy na porodówkę." (Dwie torby sama musiałam taszczyć na drugi koniec szpitala, na szczęście to samo piętro...)
Dzwonię do Marcina, że może jakoś niedługo przyjeżdżać, że nie wiem, czy dzisiaj będę rodzić, ale może przyjechać. Nie zdawałam sobie sprawy z wagi sytuacji. Doszłyśmy. Wypełnianie formalności. Telefon do mamy, by poinformowała położną... Musiałam wyłączyć telefon. Później okazało się, że tej akurat nie ma na dyżurze, ale była przy mnie z polecenia równie rewelacyjna kobieta.
Dojechałyśmy na salę. Podłączyli mi KTG, skurcze cały czas te co 8 minut, ale nie rysujące się na wykresie... Około 8:30 było badanie, jakie to nieprzyjemne... Podłączyli mi oksytocynę.
"Szyjka 1-1,5cm, rozwarcie 3cm."
Kiedy to poszło?! Może te skurcze małe jednak coś zdziałały?! Położna później jeszcze sama sprawdziła jak to "tam" wygląda i podała mi jeszcze czopek na rozluźnienie szyjki.
W końcu przyszedł Marcin ubrany w fioletowy strój, w końcu mi się chciało śmiać i jednocześnie bardzo mocno spać! Skurcze stawały się coraz silniejsze, chyba co 3 minuty, a ja cały czas byłam z zamkniętymi oczami. Potem troszkę pobujaliśmy się na piłce. W końcu jakieś było widać skurcze na KTG. Jak widziałam, że rosną te procenty, to już miałam dosyć, już mnie bolało! Coraz gorzej znosiłam ten ból, ale mój M. rewelacyjnie się sprawdzał. Położna odłączyła mnie od KTG i oksy i poszliśmy popolewać się prysznicem. Było troszkę lepiej... Ale znowu masowałam brzuch jak nadchodził ten ból... Długo nie pozwolili mi być pod wodą, aby skurcze nie zaniknęły i znowu pod oksy. Nie wiedziałam, czy usiąść czy się położyć, czy... Płakać mi się chciało i chciałam, aby to się jak najszybciej skończyło! Potem znowu piłka, po 10:00 skurcze już były tak nieznośnie mocne, że wolałam co chwilę położną. Były chyba co minutę! Znów położyli mnie na łóżku, czułam się jak jakaś opętana, w ogóle nie panowałam nad tym, co się dzieje. I znowu badanie... Jak miałam się unieść - skurcz, przy badaniu - skurcz, przy opadaniu - skurcz. Podczas badania mówiłam, że to boli, a lekarz do mnie:
"Przecież tędy musi główka przejść, co sobie Pani myśli!" - "5 cm rozwarcia."
Później po 11:00 już kompletnie nie byłam świadoma. Nic nie wiedziałam, czułam tylko rękę Marcina i nieustające skurcze. Majaczyłam, że ja nie chcę rodzić, że niech to się skończy, że chcę cesarkę. Że nie chcę, nie chcę, nie chcę... Błagałam o znieczulenie! Położna poszła się zorientować, okazało się, że lekarz jest na cięciu i nie może teraz przyjść. A ból za bólem! Nie do opisania!!! W końcu przyszli, ukłucie strasznie bolało! Jak z reguły jestem znieczulona na ból, tak te porodowe skurcze, te kłucia bolały niemiłosiernie! Podali mi dolargan. NIC nie pomogło!
"Rozwarcie 8cm."
Zaczęłam już krzyczeć z tego bólu i wycieńczenia, mój M. już nie wiedział, co robić, jak się zachowywać. Ale BYŁ - to było najważniejsze! W końcu tak krzyknęłam, że położna mówi:
"Spokojnie, nie jest tu Pani sama!"
A ja, że: "Ale to JUŻ!!!!!!!!!"
One patrzą, bo były już chyba dwie te położne. Czuje jakieś transformacje łóżka, szybko coś składają, zmieniają i sama zaczęłam przeć, momentalnie pojawiło się to 10cm rozwarcia!!! Chyba po jednym czy dwóch skurczach urodziła się główka. Położna mówiła, żebym teraz jak najszybciej parła, bo trzeba JAK NAJSZYBCIEJ resztę dzieciątka urodzić, a tu nie było skurczu. Parłam, ile miałam sił, nie wiem, czy ze skurczem czy bez, ale w końcu się UDAŁO!!! (Była dwa razy okręcona pępowinką wokół szyi.) Położne tak dobrze zadziałały, że obyło się bez nacinania!
Spojrzałam na godzinę: 12:17 i pierwsze, co powiedziałam to: "Urodziła się prawie o tej samej godzinie, co ja". A później:
"Ale dlaczego jej nie słyszę?!?!"
"Jak to Pani nie słyszy? Słychać, słychać."
I nagle było słychać kochany płacz... Ulga... Szczęście... Radość... Nie do opisania. Okazało się, że po urodzeniu już sobie mlaskała dziubeczkiem, dlatego nie słyszałam.
Położyli mi ją taką gorącą, lekko siną, mokrą na brzuszku... "Jaka malutka." Piękne uczucie. Miłość od pierwszego spojrzenia.
I faza porodu: 2 godz. 40 min.
II faza porodu: 7 min.
I tak przyszła na świat 11 maja 2010 roku nasza kochana Amelka, która jednak zdecydowała się w noc przed podaniem oksy dać mamie znać, że już jest gotowa i sama sobie wybrała datę narodzin.
waga 3300 g długość 53 cm
Ostatnio edytowane przez mkmm ; 05-24-2010 o 09:22