Zamknięty Temat
Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni
Pokaż wyniki od 1 do 10 z 20

jak to Kubusiowi na świat się nie spieszyło...

  1. #1
    haneczka906
    Mamuśka

    jak to Kubusiowi na świat się nie spieszyło...

    Advertisement

    witajcie kochane,
    postanowiłam opisać swój ekspresowy 2,5h poród, aby niektóre przestraszone ciężaróweczki lekko uspokoić

    15 kwietnia 2010r No to od początku, skończyłam 41tc i lekarz kazał mi się wstawić w szpitalu, wstępne badanie i decyzja o wywoływaniu porodu, już wieczorem podłączono mi taki śmieszny cewnik do macicy, aby wywołać rozwarcie, a w piątek o 6 rano podłączono mnie pod oxy. Leżę sobie na jednej z sal porodowych, kroplówka dłuży się niemiłosiernie, obok rodzące kobiety krzyczą, a mi chce się jeść, zero reakcji oprócz tego, że mi słabo, później nie podobał mi się obraz ktg, urządzenie co chwilę gubiło tętno małego, czułam, że coś jest nie tak, położna robiła dobrą minę, mówiła, że wszystko gra, ale nie przekonała mnie, miałam silne wrażenie, że mały jest owinięty pępowiną, ok 12 odłączyła mi kroplówkę, ale pod ktg leżałam jeszcze dobre 2h, wieczorem ok 21 Kubuś bardzo się w brzuszku szomotał, gdyby mi kazali liczyć ruchy, to miałam wrażenie, że jest ich ze sto w ciągu godziny...w sobotę dali mi odpocząć, a mi zaczęły dokuczać zatoki (katar, temp, ból gardła... masakra) wieczorem na obchodzie decyzja o 2 próbie wywołania w niedziele...

    18 kwietnia 2010r NIEDZIELA, w nocy 2 dziewczyny z pokoju zaczęły rodzić, moje przerażenie rosło w siłę, o 5 rano wcinam kanapkę, aby na tej porodówce nie być znowu aż tak głodna jak ostatnio sytuacja wyglądała podobnie jak w piątek, kazano mi się przebrać w seksi krótką koszulkę, na salach obok rodzące kobiety, a ja pod kroplóweczką czekam na rozpoczęcie akcji święcie przekonana, że nic z tego nie będzie. Tak sobie chodziłam z tą kroplówką, siedziałam na piłce i popłakiwałam, że mnie tak męczą, głodzą, a i tak nic z tego nie będzie... Trafiłam na świetną położną, która kazał mi się wziąć w garść, że ona wszystko rozkłada i że napewno dzisiaj urodzę i koniec... około 11 pomyślałam sobie uparte babsko się na mnie uwzięło, a ja chce jeść!!!!!!!! skurczy zero, rozwarcie 2 cm, nie widziałam sensu w ty wywoływaniu...
    godzina 12 coś zaczyna mnie boleć i tak co 5 min hmm myślę sobie nie przyjemnie, położna podłączyła mnie pod ktg, poprosiłam ją aby dała mi wcześniej znać jak akcja się rozwinie, bo nie chce, aby mąż za długo patrzył jak się męczę, a to pewnie jeszcze sporo potrwa... ktg wskazywało skurcze o mocy 60, myślę sobie bolą jak cholera, a laska z sali miała ponad 130 i to jeszcze nie był poród, chyba nie przeżyje...weszła położna, mówię jej, że trochę boli, ale te skurcze na ktg takie słabe, a ona do mnie, że nie mam patrzeć na ich wysokość, że to są już moje porodowe!!!!! rozwarcie 4cm,
    godzina 13 położna prosi koleżankę i razem uśmiechają się do mnie mówiąc, że mi pomogą i przebiły mi pęcherz (mojej mamie przy 3 dzieci nigdy samoistnie nie pękł, gdyby nie położna-anioł- pewnie męczyłabym się w bólach jeszcze ładne kilka godzin)... pomyślałam sobie o karoli88 i "tak to leciało"... następnie dostałam zastrzyk na rozwarcie i zaczęłam sobie chodzić po sali, najwygodniej było mi wypiąć pupę do tyłu a rękoma ugiętymi w łokciach opierać się o łóżko...
    między godziną 13 a 14 położna każe mi dzwonić po mężusia mam 8cm rozwarcia, a ja proszę ją o cokolwiek słodkiego, bo jestem tak straszliwie głodna, dostaje beza... czekamy czekamy a mężusia brak (okazało się, że myśląc podobnie jak ja, że nic z tego, poszedł sobie pojeździć motorkiem, no i troszkę mu to dotarcie do szpitala się opóźniło)... położna znowu pyta gdzie mąż, bo ja zaraz zacznę rodzić, dzwonię więc, mężuś biegnie po schodach... nadchodzą parte, położna tłumaczy mi, że jak nadejdzie skurcz, mam chwycić się za uda, nabrać powietrza i przeć z całych sił jak na kupę zaliczam pierwsze parcie, wpada mąż, staje za moją głową, położna każe mu ją dociskać w trakcie parcia do klatki piersiowej, dostaje buziaczka, kolejne parcie- dziwne uczucie, brak kontroli nad własnym ciałem, nie mogłam się sprzeciwić, ono chciało przeć i koniec, ja się tylko poddałam tej silnej chęci parcia... przeszło, za chwilę znowu, położne kibicują"super mamuśka, tak trzymać, rewelacja, dobrze, dobrze, nie wypuszczaj powietrza, świetnie ci idzie, tak trzymaj, dasz radę, jeszcze chwilę",
    godzina 14:35 nie pamiętam ile miałam dokładnie tych bóli? może pięć? jednak pod koniec któregoś z nich urodziłam synusia, położna nie kazała mi się martwić, ale mały był siny, to efekt owiniętej pępowiny wokoło szyi malca (moje przeczucie się sprawdziło)... położyli mi go na piersi, a ja się popłakałam...następnie szybko mi go zabrali na badania, a mąż mówił, że miałam taką minę, jak dziecko, któremu zabiera się lizaka tuż po tym jak go dostał...następnie urodziłam bezboleśnie łożysko, nie myślałam, że jest aż tak duże, przyszedł lekarz i zszył mi jak się później okazało nacięte krocze... leżałam na sali, mnóstwo osób kręciło się wokół mnie, sprzątanie, przemywanie, szycie, to wszystko było gdzieś obok, ból wcześniej nie do zniesienia, przestał istnieć, a ja nie mogłam się doczekać powrotu mojego skarbeńka, mniej więcej po godzinie przyniesiono mi dziecko i z mężem mogliśmy radować się naszym szczęściem w trójkę...o 16 dostałam kolację, wpaliłam 3 skibki i byłam wreszcie najedzona, później położna przyłożyła mi Kubusia do piersi, urodził się z pięknym odruchem ssania...przed 17 mąż poszedł do domku, a ja zostałam przewieziona na salę poporodową...

    Niestety wieczorem, nie byłam wstanie zajmować się dzieckiem, jak się później okazało hemoglobina z marnych 12 jednostek spadła mi do 9, dostałam 3 kroplówki i miałam odpoczywać, Kubuś był ze mną od poniedziałku...pobyt w szpitalu niestety przedłużył się, aż do soboty, bo malec miał crp 25 jednostek i musiał dostawać antybiotyk-strasznie wspominam ten pobyt w szpitalu, gdzie nic nie mogłam robić przy dziecku, tylko karmić...

    podsumowując
    poród, to rzeczywiście jedyny ból, który ma sens i który spokojnie da się wytrzymać...
    życzę powodzenia pozostałym ciężaróweczkom jestem pewna, że świetnie sobie poradzicie...
    trzymamy z Kubusiem kciuki



  2. #2
    asik78
    Mamuśka
    piękny opis ,zgadzam sie z toba ,ze wszystko da sie przezyc

  3. #3
    suri
    Ciężarówka
    piękny opis

  4. #4
    sunrise
    Mamuśka
    haneczka906, piękny opis. Gratuluję jeszcze raz!

  5. #5
    aanuusiaa
    Mamuśka
    pięknie!!! i swięta racja, poród to cos pieknego i do przeżycia

  6. #6
    mkmm
    Mamuśka
    No, pięknie dałaś radę, w zasadzie daliście. Najbardziej wzruszył mnie ten buziaczek, jak mąż w końcu dotarł...
    Hehe, ciekawe, czy wszędzie tak te położne zaciekle kibicują, musi to być śmieszne.

    Ja już się nie mogę doczekać... by ujrzeć maluszka.

  7. #7
    wredi
    Mama Aniołków
    Śliczny opis mamusiu,jszcze raz gratuluje
    Jak zwykle sie poryczałam

  8. #8
    karola88
    Mamuśka
    niemoge czytac takich opisow kochana widac ze "tak to lecialo" pomaga szybciutko poszlo wspaniale to opisalas lezki same leca ale to najwspanialszy moment w zyciu kazdej kobiety... GRATULUJE

  9. #9
    joasya
    Ciężarówka
    porod jak z filmu tylko pozazdroscic.gratuluje

  10. #10
    dafne24
    Mamuśka
    gratulacje!!!! opis porodu - cudny!!!

Zamknięty Temat
Strona 1 z 2 1 2 OstatniOstatni

Tagi dla tego tematu


Fajne strony