Nie wiem czy uda mi sie tak ladnie i ze szczegolami opisac moj porod bo robilam wszystko aby wymazac go z pamieci ale tego sie nie da zapomniec. Dzis mija dokladnie 1,5 m-ca od tego wydazenia i chyba wkoncu jestem gotowa pisac i myslec o tym bez negatywnych emocji i wzruszenia.
5 marca (3 dni po terminie) jak codzien rano pojechalam do szpitala na ktg. Nie liczylam na zbyt wiele bo skurcze przepowiadajace mialam juz od ok 3 tyg i nastawialam sie raczej na wywolywanie 10-ego dnia po terminie.
Ku mojemu zdziwieniu w czasie 30 min zapisu zarysowaly sie 3 regularne skurcze co ok 7 min i juz o wiele bardziej odczuwalne przeze mnie niz poprzednie. Lekarka majaca tego dnia dyzur powiedziala
"prosze jechac do domu, spakowac torbe i nastawic sie na rozwiazanie bo dzis spotkamy sie na porodowce"
ona chyba oglupiala-pomyslalam i z usmiechem na twarzy powiedzialam ze spakowana to ja juz jestem od 2 m-cy(przeciez grozil mi porod przedwczesny), wyszlam z gabinetu i chwycilam tel dzwoniac do meza. Poinformowalam go ze ma sie spieszyc i wracac z pracy bo dzis ide rodzic
w drodze do domu coraz bardziej bylam niepewna mimo braku skurczy.
Wrocilam do domu, przejzalam jeszcze raz torbe i czekalam, czekalam, czekalam.............skurcze minimalne, bol przypominajacy miesiaczke, nieregularne z nieregularnymi odstepami, wiec zrezygnowalam. Zmeczona juz tym wyczekiwaniem o 18 wybralam sie z mezem na przejazdzke autem liczac na to ze moze mnie wytrzesie i sie rozkreci. Po drocze skurcze coraz czestrze i troche mocniejsze. Wrocilismy do domu, wzielam kapiel, zjadlam kolacje i polozylismy sie aby odpoczac. Pamietam ze lezalam bez ruchu myslac jak to bedzie jak sie zacznie i nagle.............zleklam sie az podskoczylam bo poczulam cos dziwnego, jakby mi balon bekl w "sznownej", wystraszona lezalam jeszcze chwilke az postanowilam pojsc do toaletyzrobilam siusiu ale................wkladka jakas mokra........powachalam........to nie zapacz moczu, wiec wolam meza i mowie ze ma pakowac torbe do auta bo wody mi odchodza i musimy jechac, byla godz 21
W szpitalu wypelnienie papierow, polozna zagladnego w szanowna a z niej chlusnelo pelno wody,rozwarcie na 1,5 cm wiec sytuacja jasna.....niedlugo nastapi to na co tak dlugo czekalam, bede rodzic
ucieszylam sie ze to juz wkoncu to,
zabrali nas na sale porodow rodzinnych, kazali sie rozgoscic, wziasc prysznic i mialam byc podlaczona do ktg, skurcze coraz silniejsze, na tyle silne ze w czasie ich trwanie stawalam pod sciana bez ruchu i zwijalam sie w pol.................bole krzyzowe-to czego najbardziej sie obawialam- stawaly sie nie do zniesienia
podlaczyli mnie pod ktg i podali kroplowke z antybiotykiem na paciorkowca, co jakis czas badanie i ciagle te same slowa "bez zmian 1,5 cm"
kroplowka zleciala, moglam wstac, polozna przyniosla pilke abym krecila na niej biodrami, to mialo mi ulzyc w bolach........niestety bol coraz gorszy
co chwile przychodzila polozna i z glupia mina powtarzala "jeszcze sie pani usmiecha?oooooooj tzn ze porod daleko przed pania" albo "jeszcze sie pani brzuch nie spocil? to jeszcze nie porod", "jak sie zacznie to nie bedzie sie pani usmiechala"
myslalam ze udusze babe ze zlosci, bol z kregoslupa bym nieziemski a ona mi z takimi tekstami wyjezdza
i tak od 22 do 7 rano, przez 9 godz meczarni slyszalam tylko "zero postepu, slabe 2cm rozwarcia, daleka droga przed pania"
o 7 lekarz postanowil podac kroplowke i niestety musialam zostac przeniesiona na sale ogolna aby byc pod stala kontrola lekarzy, meza odeslali do domu i zostalam sama
czulam sie okropnie, slaba, zrezygnowana, i strasznie cierpialam a do tego zabrali mi osobe ktora dodawala mi sil i wspierala
kolejne godziny mijaly...........czas dluzyl sie niemilosiernie........po dlugim czasie i w polowie kroplowki uslyszalam ze 3 cm rozwarcie, wylam z bolu do ksiezyca i blagalam prawie na kolanach o znieczulenie.......niestety bylam bezczelnie ignorowana a od ordynatorki uslyszalam "a pani myslala ze po co tu przyszla, pani rodzi, to musi bolec"
myslalam ze umre, zalowalam ciazy, nie chcialam juz dziecka i nie chcialam tam byc, bylam zalamana
po jakims czasie zwijania sie z bolu wyczerpana i bez sil docieraly juz do mnie tylko pojedyncze slowa, 4cm potem , 5cm, potem 7cm i nagle ocknelam sie slyszac "musimy urodzic jak najszybciej"
zebrali sie wszyscy lekarze na oddziale, polozne a nawet salowe, wszyscy w pelnej gotowosci i pelni niepokoju
"musi pani teraz urodzic bo zaczynamy obawiac sie o maluszka"- uslyszalam
i lzy naplynely mi do oczu........jak....jak mam urodzic jak nie mam juz najmniejszych sil, mowie im ze nie dam rady, ze nie moge
od dawna nie czulam juz skurczy tylko ciagly nieprzerwalny bol w krzyzu
nie wiedzialam kiedy przec wiec polozne macaly brzuch i kiedy robil sie twardy kazaly przec
pieresze parcie dalam rade polozna kazala nabrac powietrza i dalej przec a ja opadalam z sil, krzyczalam,
maz i tata stali za drzwiami i nadsluchiwali a tu ciagle cisza, nie slychac placzu maluszka tylko moj krzyk i blaganie o pomoc
po 50 min bezskutecznego parcia, polozna polozyla sie na moj brzuch i z calej sily wypychala mi synka na zewnatrz, nacieli mnie wew i na zew, czulam wszystko dokladnie, ale nie bylo to bardzo bolesne, poczulam jak zapieklo
uslyszalam "widze ze jakis ciemny blondasek nam sie tu pcha".........te slowa byly jak balsam dla moich uszu, koniecznie chcialam juz go zobaczyc, mialam wrazenie ze dostaje skrzydel, ze to juz koncowka i zaraz go zobacze, kilka kolejnych slabych parc i mocy ucisk poloznej, spojrzalam miedzy nogi i zobaczylam glowke, potem reszte cialka......byl siny, we krwi i mazi ale taki sliczny, byl moj, moj wlasny synek, wymarzony, wyczekany
przecieli pepowine i zabrali go odrazu
po 15 godz porodu caly bol minal, bylam wykonczona, bezsilna, marzylam tylko o tym oby dali mi synka w ramiona
przyszedl lekarz, zaczal szycie a polozna wypelniala dokumentacje porodowa, slyszalam tylko jak lekarz dyktowal poloznej "lozysko cale, peknieta macica, peknieta szyjka, krwotok, musimy lyzeczkowac" dostalam znieczulenie miejscowe do zszycia ktore i tak nie podzialalo bo czulam wszystko bardzo dokladnie kazde wklucie igly, ale to juz bylo niewazne, najwazniejsze ze mam juz to za soba, lekarka podeszla i mowi "ma pani zdrowego syna, wazy 3860, 58 dlugi i dostal 10 pkt" .........to bylo dla mnie najwazniejsze, nie pamietalam juz bolu, emocji, poprostu nic oprocz wielkiej milosci do niego.....mojego syna
mialam nie plakac ale nie dalam rady, wspomnienia odzyly
pomimo tego wszystkiego jak patrze dzis na Mateusza to wiem ze dla niego przrzylabym to wszystko jeszcze raz, jego mala bezbronna osobka wynogrodzilaa mi caly bol i cierpienie i wiem ze to wszystko co przeszlam mialo jakis gleboki sens bo teraz moja milosc do niego jest jeszcze silniejsza i bezgraniczna, on jest czescia mnie, moim sercem bez ktorego nie da sie zyc))))))))))))))))))))))))))
KOCHAM CIĘ MATEUSZKU NAJBARDZIEJ NA SWIECIE




(przeciez grozil mi porod przedwczesny), wyszlam z gabinetu i chwycilam tel dzwoniac do meza. Poinformowalam go ze ma sie spieszyc i wracac z pracy bo dzis ide rodzic
w drodze do domu coraz bardziej bylam niepewna mimo braku skurczy.

Co za personel szpitalny.. żal

I jest nadal co