Od dłuższego już czasu odczuwałam skurcze przepowiadające, czasem nawet stawały się one regularne co 5-10 min, ale nie bolały (przynajmniej teraz wiem że to jeszcze nie bolało). W poniedziałek wieczorem znowu je miałam od godz. 18 co 10 min, ale już się nawet nie łudziłam że się coś rozkręci. Po raz kolejny napadłam na męża
i poszliśmy spać, a w zasadzie on poszedł bo ja już nie usnęłam. Moje skurcze zaczęły troszkę boleć. Zaczęłam liczyć czas, co 12 min, potem co 10,8. Poszłam się wykąpać i znów co 12 min. Już się nastawiłam że akcja się rozwija. O 3.30 skurcze były już co 5 min, więc ściągnęłam męża z wyrka, zjedliśmy śniadanie i dopakowałam torbę. O 4.30 wsiedliśmy w samochód i co? .... Moje skurcze zniknęły
. Przejechaliśmy ze 2 km i kazałam M zawrócić, bo to najwyraźniej jeszcze nie to skoro przeszło. Jak tylko postawiłam moją stopę na schodach do domu – znowu skurcz. A poprzedni był ze 30 min wcześniej. Śmiałam się nawet że ewidentnie Alek chce się urodzić w domu
Położyliśmy się znów do łóżka, ale ja nie usnęłam już. Skurcze miałam bardzo nieregularnie co 15, 20 min potem pół godziny nic. Jak chodziłam to je miałam jak siadałam to już nie. Zupełnie nie wiedziałam co jest grane. Na 10 pojechaliśmy do szpitala na planowe ktg. Ostatni skurcz na parkingu przed szpitalem potem już nic. Lekarz stwierdził że to co odczuwam to musza być przepowiadające i nawet nie chciał zbadać czy jest jakieś rozwarcie. Skoro to jeszcze nie to to zgodnie z naszymi wcześniejszymi planami pojechaliśmy do urzędu załatwić meldunek a potem na zakupy. Cały czas miałam nieregularne skurcze, ale jak chodziłam to były znacznie mniej bolesne i do zniesienia. Do domu wróciliśmy ok. 14, idę do łazienki a tu na wkładce czop w pełnej okazałości. Byłam już strasznie zła i nie wiedziałam co mam robić. Zadzwoniłam do mojej lekarki i zapytałam się czy może mnie zbadać bo nie chcę znów taki kawał jechać do szpitala na marne. Zbadała mnie i co? ... rozwarcie 5 cm! Pognała mnie czym prędzej do szpitala. Oczywiście po drodze korek wielki, w szpitalu byliśmy o 16.30. Jak powiedziałam że już byłam badana to mi ktg już nie zrobili, lekarz przyszedł zbadał – rozwarcie 4 cm. (Czyli jak widać zależy wszystko od tego jak kto ma szerokie palce
) Przyjęli mnie na oddział a ja nadal skurcze co 15 min. Strasznie mnie bolał przy nich krzyż i musiałam chodzić bo inaczej bolało dużo bardziej. Na szczęście ktg na leżąco miałam tylko jedno na samym początku. Zapisał się jeden skurcz na 75. Położna stwierdziła, że bóle krzyżowe często się nie zapisują na ktg więc szybko je wyłączyła. Od 17.30 skurcze się zrobiły częstsze co 5, potem co 3 min. A ja latałam po korytarzu w te i z powrotem żeby tylko nie siedzieć. Ktg miałam robione na piłce, skurcze dochodziły do 40 a ja tam się już skręcałam. Ok. 19.30 przeszliśmy dopiero na salę porodów rodzinnych bo wcześniej była zajęta. Rozwarcie na 7-8 cm. Teraz mogłam już sobie wejść do wanny, cały czas tylko na to czekałam. No i faktycznie skurcze w wodzie były bardziej do zniesienia, ale po godzinie kąpieli – rozwarcie nadal 7-8 cm. W wannie podpięto mi kroplówkę z antybiotykiem na paciorkowca, a po wyjściu położna kazała bujać się na worku sako. Nadal brak postępu. Przebiła mi pęcherz płodowy i chlusnęły wody – niestety zielone. Ja nadal skurcze miałam co jakieś 3 min więc położna stwierdziła że jej zdaniem będzie lepiej jak podadzą mi oksytocynę aby wszystko przyspieszyć. No to się zgodziłam. Rozwarcie szybko doszło do 10 i położna się mnie co chwila pyta czy czuję parcie, a ja że nie... Wszystkie skurcze były takie jak przedtem. No ale chcąc nie chcąc zaczynamy rodzić. Najpierw na „fotelu” potem w kucki, potem znów na „fotelu”. Do brzucha przyłożyli mi ktg ale tylko ten czujnik tętna. W pewnym momencie zgubiło się tętno, M przerażony pyta się położnej co jest, ale tętno na szczęście wróciło. Podobno tak czasem może się zdarzyć. Parłam 40 min, skurcze co 3 min. Położna mówiła że dawno nie widziała aby ktoś między skurczami partymi miał czas odpocząć, ale ja byłam za to wdzięczna losowi bo inaczej by mi chyba miednica eksplodowała. Cały czas najbardziej bolały mnie właśnie biodra i skurcze pośladków. Nie byłam w stanie trzymać nóg na tych podpórkach. Pamiętam tylko że strasznie bałam się nacięcia i prosiłam położną żeby zaczekała chwilę
a potem położyli mi Alka na brzuchu. Nawet nie zapłakał tylko cicho kwęknął
I tak patrzyłam na niego a łzy same zaczęły mi z oczu lecieć. Potem go zabrali na ważenie a ja rodziłam łożysko. Zdziwiłam się że już nie miałam żadnych skurczy zupełnie. Strasznie ciężko się parło bez nich. No i łożysko niestety się nie odkleiło całe i miałam łyżeczkowanie. Z całego porodu to było najboleśniejsze bo lekarz stwierdził że znieczulenia nie poda bo potem nie mogłabym karmić. Ale jak już leżałam i przynieśli mi synka to już nie pamiętałam bólu, tylko patrzyłam jak sobie słodko ssie. Wcześniej bardzo się bałam że bez zzo nie dam rady, a w tym szpitalu nie było takiej opcji, ale naprawdę można to przetrwać. Bardzo pomógł mi mąż masując mi biodra i uda, trafiłam też na świetną położną.
No to się rozpisałam. A teraz owoc tego cało trudu leży mi na kolanach i wpatruje się we mnie wielkimi granatowymi oczami... Było warto to wszystko przejść dla tego spojrzenia.



i poszliśmy spać, a w zasadzie on poszedł bo ja już nie usnęłam. Moje skurcze zaczęły troszkę boleć. Zaczęłam liczyć czas, co 12 min, potem co 10,8. Poszłam się wykąpać i znów co 12 min. Już się nastawiłam że akcja się rozwija. O 3.30 skurcze były już co 5 min, więc ściągnęłam męża z wyrka, zjedliśmy śniadanie i dopakowałam torbę. O 4.30 wsiedliśmy w samochód i co? .... Moje skurcze zniknęły
. Przejechaliśmy ze 2 km i kazałam M zawrócić, bo to najwyraźniej jeszcze nie to skoro przeszło. Jak tylko postawiłam moją stopę na schodach do domu – znowu skurcz. A poprzedni był ze 30 min wcześniej. Śmiałam się nawet że ewidentnie Alek chce się urodzić w domu
Położyliśmy się znów do łóżka, ale ja nie usnęłam już. Skurcze miałam bardzo nieregularnie co 15, 20 min potem pół godziny nic. Jak chodziłam to je miałam jak siadałam to już nie. Zupełnie nie wiedziałam co jest grane. Na 10 pojechaliśmy do szpitala na planowe ktg. Ostatni skurcz na parkingu przed szpitalem potem już nic. Lekarz stwierdził że to co odczuwam to musza być przepowiadające i nawet nie chciał zbadać czy jest jakieś rozwarcie. Skoro to jeszcze nie to to zgodnie z naszymi wcześniejszymi planami pojechaliśmy do urzędu załatwić meldunek a potem na zakupy. Cały czas miałam nieregularne skurcze, ale jak chodziłam to były znacznie mniej bolesne i do zniesienia. Do domu wróciliśmy ok. 14, idę do łazienki a tu na wkładce czop w pełnej okazałości. Byłam już strasznie zła i nie wiedziałam co mam robić. Zadzwoniłam do mojej lekarki i zapytałam się czy może mnie zbadać bo nie chcę znów taki kawał jechać do szpitala na marne. Zbadała mnie i co? ... rozwarcie 5 cm! Pognała mnie czym prędzej do szpitala. Oczywiście po drodze korek wielki, w szpitalu byliśmy o 16.30. Jak powiedziałam że już byłam badana to mi ktg już nie zrobili, lekarz przyszedł zbadał – rozwarcie 4 cm. (Czyli jak widać zależy wszystko od tego jak kto ma szerokie palce
a potem położyli mi Alka na brzuchu. Nawet nie zapłakał tylko cicho kwęknął 




