Jeszcze nie mogę dojść do siebie po tym, co sie tak nagle stało. Mój tato 02.07.2010 r. nagle zmarł na zawał bylam drugą osobą po mamie (po pogotowiu), która go zastała w domu już umarłego..... a prasowalam sobie właśnie ciuchy do pracy i nie moglam uwierzyc w to co moja mama mi właśnie pwoiedziala do słuchawki, że "twój tato nie żyje".... myslałam, ż e cos jej sie przyśniło....ale nie....zbudzilam mojego męża tymi słowami i rycząca ubieralam sie....zawiadomilismy pracodawców o tym, że nie bedziemy w pracy i pojechalismy do mamy.....szok.....tato nie żyje....zawiadomilam reszte rodzeństwa i wszyscy płakalismy.....potem ja z moja mamą i moim mężem caly dzień zalatwialismy wszytskie formalnosci....nie wiem, skad maialam sile na to wszytsko i moja biedna mama, która z tatą przezyła w wielkiej miłości razem przez 43 lata.....od razu powzielismy decyzje, że mamę zabieramy do siebie i teraz u nas mieszka....caly czas sie martwi, że jest kula u nogi a ona nam pomaga
w pracy dostalam urlop na caly tydzien, bo nie wyobrazalam sobie, że moge normalnie pracowac...ale w poniedzialek niestety bede musiala stawic czolo pracy
na pogrzebie było ok. 60 osób
teraz czuje niewypowiedziany żal, jestem wkurzona na wszystkich i wszystko....
mama mieszka z nami i teraz nie wiem, jak mamy sie starac o dziecko
także proszę was gorąco o modlitwe za mojego tatę....